Alexander McQueen Kingdom – pożądanie w bieliźnie i skarpetkach
Czego można się spodziewać po zapachu, kiedy się zobaczy taki plakat reklamowy?
.
Kojarzy się z antyczną orgią, czyż nie? Powinien zatem kipieć zmysłowością, rozpalać namiętności niemożliwe do ugaszenia, zakuwać w kajdany rozkoszy, z których nijak nie można się wyplątać, wodzić na pokuszenie i gubić marnie, opętywać bez szansy na zbawienie. Tymczasem Kingdom, debiutancki zapach Alexandra McQueena przypomina mi sytuację, w której ona i on (na lekkim rauszu) spotykają się w hotelowym pokoju, a szerokie łoże tylko czeka na to, by zmierzwili mu pościel. On zaczyna ją powoli rozbierać, ona całuje go w ucho i myśli, że pieprzyć wszystko, musi się przespać z tym facetem i koniec. Emocje narastają, a on, zamiast rozpiąć jej stanik i dobrać się do jej piersi, zatrzymuje się na chwilę i mówi:
- Wiesz, kochanie, że ceny skupu zboża za ubiegły kwartał kształtują się na tak niskim poziomie, że część rolników będzie miała problem, by właściwie wypełnić zeznanie podatkowe?
Psssssssss… – emocje stygną i niedoszła kochanka staje się chodzącą reklamą zamrażarek Whirlpool.
.
Zapach Kingdom, z nazwy potężny, okazuje się zaskakująco delikatny. I zaskakująco szybko się ulatnia. Nie ma nic z powalającej siły huraganu. Jest jak maławy okularnik z łupieżem, który podchodzi do kobiety i mówi:
- Chciałbym się z panią przespać, ale nie wiem, czy można.
Zaskoczenie moje było spore, zważywszy na fakt, że w zapachu upakowano wszystko, co sprawdziło się w roli kusicieli: neroli, bergamotkę, imbir, różę, jaśmin, kminek, drzewo sandałowe, wanilię, mirrę i drzewo Copahu. Nic nie opętuje, nie rzuca na kolana, nie sprawia, że po powąchaniu zaczynasz zrzucać z siebie szmatki i masz za nic to, że stoisz na środku galerii handlowej. Ot, nieśmiało zaprasza do flirtu. Takie pożądanie w pół drogi, które zatrzymuje się na bieliźnie i skarpetkach i nie ma odwagi iść dalej. Zapach ładny, ale rozczarowujący. A może po prostu nie dla mnie?

