Tłusta cera to wyzwanie. Wie o tym każdy, kto takową posiada. Co prawda krążą wieści, że tłusta cera później dorabia się zmarszczek, ale to dosyć marna nagroda za kilkadziesiąt lat dramatycznych prób zamatowania tego, co zamatować się nie da. Na podkłady z wyrazem „matujący” w nazwie nie ma co liczyć, jeśli wcześniej nie użyje się matującego kremu. Bez takiej kombinacji skóra świeci się po dwóch godzinach jak psu klejnoty (a propos, sprawdzał ktoś w ogóle, czy świecą?).
Idę w sukurs tej nierozpieszczanej przez naturę części społeczeństwa i przedstawiam kremy, które z czystym sumieniem mogę określić jako dobre, a zatem ze swojego zadania się wywiązujące.
Po pierwsze – legenda. Dermika Mat-B. Miałam z tej serii krem matujący, krem nawilżający do cery tłustej i krem normalizujący na noc. Rewelacja! To jeden z nielicznych produktów, które kupiłam raz za razem. Krem matujący naprawdę matuje, a poza tym jest delikatny, nie uczula, nie podrażnia, a podkład świetnie się na nim rozprowadza. Najtańszy nie jest (kilka lat temu kosztował około 35 zł), ale wart swojej ceny.
.
Legendarny krem matujący, o którym swego czasu rozpisywano się na forach internetowych, a ja sama rozpływałam się w zachwytach na na pl.rec.uroda.
.
Krem nawilżający. Matować nie matuje, bo to nie jego zadanie, ale co za ulga dla tłustej skóry! Leciutki i świetnie się wchłaniający.
.
Pracownik nocnej zmiany. Krem normalizujący na noc.
.
Do serii Mat-B dermiki zaliczają się też bibułki matujące (nie stosowałam, nie wypowiem się) oraz beżowo-zielony korektor (siostra stosowała i bardzo chwali).
Po drugie – matowanie ekstremalne. Krem matujący AA Oceanic (seria pomarańczowa). Krem-torpeda. Największe możliwe działo, największa siła rażenia. Ma mikrogranulki absorbujące sebum. Nie wiem, co to znaczy, ale działa jak jasna cholera. Matuje na wiele godzin.
.
.
Odleciałabym w achach i ochach jak nimfomanka na widok oferty seksshopu, gdybym stosowała li i jedynie krem. Bez podkładu na wierzch. Podkład niestety się na nim roluje, przy czym cena kosmetyku nie ma tu najmniejszego znaczenia. Czy podkład kosztuje 10 zł czy 100 zł, zjeżdża z kremu w postaci wiórek dokładnie tak samo. Zużyłam wiele słoiczków tego kremu (cena przystępna – około 12 zł) i za każdym razem doznania były identyczne. Polecam wszystkim, którzy chcą się przekonać, co oznacza wyrażenie „krem matujący”. Przy nim wszystko inne wydaje się w najlepszym wypadku półtłuste.
AA Oceanic ma w swojej ofercie także inne kremy matujące, ale umówmy się, że są matujące jedynie z nazwy. Próbowałam jeszcze kilku i żaden z nich nie wywiązał się ze swojego zadania tak, jak tego od niego oczekiwałam. Ot, pic na wodę i fotomontaż.
Po trzecie – krok na przód w nowoczesność, czyli Nivea jest dobra na wszystko. Matujący krem nawilżający na dzień Nivea Visage dostałam od mojej mamy (dzięki!).
Do Nivei podchodzę jak pies do jeża, bo z nią to tak na dwoje babka wróżyła. Zaliczyłam wielkie zachwyty (np. brzoskwiniowy krem rozświetlający) i wielkie rozczarowania (seria Q10). Ten krem matujący zaliczam do pierwszej wymienionej kategorii. Matowanie przychodzi stopniowo w ciągu kilku minut, ale naprawdę jest. No, bez szaleństw jak w przypadku Oceanic AA, który zdołałby zamatować słoik smalcu babuni, ale jednak działa. Podkład trzyma się na nim dobrze, rozprowadza bez zarzutu. Polecam. Po nałożeniu dostajemy gratis przyjemne wrażenie chłodnej świeżości.
Po czwarte – matowanie i przeciwdziałanie zmarszczkom. Od razu powiem, że w działanie przeciwzmarszczkowe nie wierzę. Najlepszym na nie lekarstwem jest zaakceptowanie upływu czasu. Praw fizyki nikt dotąd nie pogwałcił, a ten, kto próbował, kiepsko na tym wyszedł. Zamiast więc rujnować się na tony botoksu i być zgryźliwą staruchą, lepiej pogodnym wzrokiem pełnym kurzych łapek powstałych z częstego śmiechu spoglądać na świat. Lepiej i dla świata, i dla nas. No, ale skoro krem ma w nazwie „przeciwzmarszczkowy”, to przyjmuję to z dobrodziejstwem inwentarza. Tak jest w przypadku serii Dax Cosmetics Perfecta Cera Mieszana. Chodzi o krem matujący i zwężający pory przeznaczony dla kobiet po 35. roku życia.
Bingo! Wreszcie ktoś dotrzegł to, że po 30-tce cera tłusta nie przestaje być tłusta. Że obok kremów liftingujących kobieta w wieku balzakowskim potrzebuje też matowania i niekoniecznie musi sięgać po serię Under Twenty. Nie wiem, czy „mikroperły matujące” różnią się czymś od „granulek absorbujących sebum”, w każdym razie spisują się porządnie. Miałam trzy czy cztery opakowania pod rząd i pozostałabym mu wierna, gdyby… no właśnie. Gdyby mnie ten krem w końcu wziął i nie uczulił. A uczulił drań bez zapowiedzi i z zaskoczenia. W każdym razie był i zapisał się w mojej pamięci pozytywnie. Może kiedyś jeszcze dam mu szansę. Na razie jednak wracam do mojej Nivei Visage. Mmmmm, co za mmmmmat. Szach i mat.